Rozwód w czasach apokalipsy – Ku jezioru

W Moskwie pojawia się dziwna choroba – ludzie kaszlą krwią, mają gorączkę, oczy im bieleją i zaledwie po kilku dniach umierają. Do Sergeya wpada ojciec, z którym mężczyzna nie utrzymywał kontaktu. Boris mówi, że syn musi się natychmiast wynieść z domu, bo to tylko kwestia czasu, gdy epidemia dotrze na przedmieścia, a grabieżcy już zaczynają plądrować bogate domy i zabierać to, na co mają ochotę, przy okazji mordując i gwałcąc. Rodzina wyrusza nad położone daleko w głębi kraju jezioro, nad którym mają nadzieję być bezpieczni.

Ku jezioru to rosyjski serial postapokaliptyczny, który zadebiutował w 2019 roku, a w 2020 pojawił się na platformie Netflix. W ośmiu odcinkach pierwszego sezonu zobaczymy m.in.  Kirilla Karo, Aleksandra Robaka, Viktoriyę Isakovą czy Maryanę Spivak.

Scenariusz skupia się na niewielkiej grupie, która stara się przetrwać. Plan jest dobry – ucieczka z okolic Moskwy, od skupiska epidemii, do odludnego miejsca, w którym będzie można przetrwać wydaje się całkiem sensowna. Po drodze jednak nie ma co liczyć na spokojną przejażdżkę, ponieważ napięta i niepewna sytuacja w kraju sprawia, że robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Bohaterowie będą musieli zmierzyć się m.in. z paniką, kradzieżami, porwaniami, bliskością choroby, która atakuje niespodziewanie. Najgorsze jest jednak zachowanie innych osób – wszyscy zaczynają być wobec siebie nieufni, wrogo nastawieni, a możliwość zachorowania, skończenia swojego życia, popycha ludzi do czynów, o których normalnie by nie pomyśleli.

Pomysł na fabułę jest ciekawy i trafiony idealnie w czas. Serial zadebiutował tuż przed epidemią koronawirusa, a mechanizm w nim pokazany często zaskakująco przypomina to, co sami przeżywaliśmy w pierwszych tygodniach pandemii – jest dezinformacja, niepewność, a także brak danych o chorobie. Niestety scenariusz nie skupia się jedynie na pokazaniu, jak grupa bohaterów radzi sobie w obliczu zarazy. Wokół tego kręci się główna oś, jednak nie to jest dla twórców najważniejsze.

Zacznijmy od skomplikowanej sytuacji rodzinnej Sergeya, który rozstał się z żoną i związał z inną kobietą. Ma syna z poprzedniego małżeństwa, a jego obecna partnerka wychowuje własnego syna. Sergey jest rozdarty między dwiema kobietami – miłością do Anny i poczuciem obowiązku, wyrzutami sumienia i wspomnieniami dobrych chwil z Irą. I to mogłoby nawet wyjść całkiem interesująco, gdyby nie fakt, że Iry nie da się lubić, jest denerwująca, wiecznie obrażona, a nienawiść i pożądanie do byłego męża co chwilę mieszają się w jej zachowaniu. W obliczu pandemii nieznanej i niebezpiecznej choroby Ira postanawia robić sceny zazdrości, wypominać Sergeyowi wszystkie okropne rzeczy i obwiniać go za całe zło tego świata. Cierpi na tym syn, którego kobieta nie pilnuje, jest dla niego opryskliwa, nastawia go przeciwko ojcu, a biedne dziecko nie wie, czemu mama nagle go odpycha i obraża ojca.

Pojawiały się też wątki religijne, które nijak nie pasowały mi do osoby, która była ich „przedstawicielem”. Z jednej strony obserwujemy człowieka, który coraz silniej zaczyna wierzyć w boską moc, a z drugiej zdajemy sobie sprawę, że jego obecne życie jest całkowitym zaprzeczeniem wyznawanych wartości.  

Podczas oglądania zabrakło mi również informacji na temat wirusa. Przecież to on był tu najważniejszy, jednak nie pokazano zbyt go zbyt wiele. Przewijał się gdzieś w tle, ale dramaty miłosne bohaterów sprawiły, że czasem o nim zapominałam. Równie skąpe były wątki dotyczące przetrwania – poza ucieczką z okolic Moskwy mieliśmy tylko kilka scen, w których bohaterowie poszukiwali paliwa czy schronienia. Na minus wychodzi też ich zachowanie – dramaty miłosne, które zupełnie nie były ważne w tym momencie, które można było odłożyć na inny czas, to jedno. Druga sprawa to fakt, że postacie wchodziły do miejsc, w których byli chorzy, nie przejmując się zupełnie możliwością zarażenia. Wydawało mi się czasem, że te postacie w ogóle nie myślą – na przykład zostawiali spokojnie całe zapasy, wiedząc, że w okolicy są inni ludzie, lub pokazywali pełne bagażniki obcym, którzy mogli przecież być wrogo nastawieni.

Ku jezioru ogląda się zaskakująco dobrze, co dziwne, bo co chwilę narzekałam na bohaterów i ich zachowanie. Może to tematyka, tak bliska nam obecnie, sprawiła, że wytrzymałam ten seans, a może fakt, że było tu też kilka ciekawych fragmentów – postać Leona to chyba jedyny promyk nadziei pośród tej grupy bohaterów. Sądzę, że serial ma ogromny potencjał, ale to bohaterowie psują oglądanie, bo ich nielogiczne zachowania sprawiają, że oglądanie bywa męczące. Czasem miałam też wrażenie, że wątki są pourywane, niedokończone, co trochę mi przeszkadzało.

Ku jezioru to serial postapokaliptyczny, który ogląda się nieźle, aczkolwiek wiele można by w nim poprawić. Gdyby bohaterowie skupili się na próbie przetrwania, a nie uczuciach i zaszłościach, byłoby idealnie.

10 komentarzy:

  1. Koniecznie muszę znaleźć czas na serial, świetnie odnajduję się w takich klimatach, wyobrażam sobie, że to ja została postawiona przed ekstremalnym wyzwaniem przetrwania po kataklizmie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi okładka ale sam serial mi nie podoba nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że są minusy w tym serialu, ale dobrze, że mimo wszystko oglądało się go dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem czy to serial dla mnie, chyba nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tematyka w sumie bardzo na czasie - choć sama nie wiem,chyba mam już przesyt wirusów i katastroficznych wizji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A pomyśleć, że zawsze chętnie wciągałam się w thrillery medyczne i katastroficzne, czy książkowej, czy serialowej odsłonie, a teraz życie dopisuje scenariusz.

      Usuń
  6. Jakby komentarzy pod tym artykułem było więcej to na pewno było by bardzo dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie są to zupełnie moje klimaty, ale mam w bliskim otoczeniu kogoś, kto może się nim zainteresować.

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, co sądzisz o wpisie!