"Ognisty bóg" Wilbur Smith



Autor: Wilbur Smith
Tytuł: Ognisty bóg
Tytuł oryginalny: Desert god
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 512
Wilbur Smith jest światowej sławy pisarzem. Debiutował w 1964 roku. Od tego czasu napisał łącznie 35 powieści. Ma na swoim koncie m.in. cykl egipski, w skład którego wchodzi wydana niedawno pozycja Ognisty bóg.
Taita jest doradcą faraona. Kocha Egipt i chce dla tego kraju jak najlepiej. Wie, że do pełnego rozwoju państwa brakuje tylko dawnego terytorium. Niestety, ziemie w pobliżu delty Nilu zajęli siłą Hyksosi. Tatia ma plan – skłóci barbarzyński lud z ich kreteńskim sprzymierzeńcem. Podstęp może jednak nie wystarczyć. Mężczyzna postanawia, że namówi faraona do oddania dwóch księżniczek za żony Największemu Minosowi Krety. W ten sposób Egipt zdobędzie silnego sojusznika w walce z Hyksosami. 
Taita to nie tylko główny bohater powieści, lecz także jej narrator. Jest mężczyzną silnym, dojrzałym, odważnym i przebiegłym. Ma wiele szczęścia w życiu. Jest przykładem człowieka, który z zera stał się kimś – eunuch, który dotarł do królewskiego pałacu i zdobył zaufanie rodziny faraona. Nieszczęśliwie zakochany, lojalny i nieskromny. Nie ma dziedziny, w której nie byłby mistrzem. Mimo jego delikatnych przechwałek, jest naprawdę sympatyczną postacią. Jako narrator sprawuje się nieźle – jest inteligentny, błyskotliwy, czasem uszczypliwy. To dobry obserwator, który świetnie przekazuje nie tylko to, co widzi, ale też to, co myśli.

Głównym wątkiem powieści jest chęć odbicia ziem egipskich, które siłą zagarnęli Hyksosi. W tym celu Taita jest gotów na wszystko. Knuje, szpieguje, morduje, a nawet wydaje za mąż swoje ulubienice, siostry faraona. Cel jest jednak tego wart – Egipt mógłby znowu być potęgą, z którą liczą się wszyscy.

Dzięki tematowi książka jest pełna walk, przygód, niespodziewanych zwrotów akcji. Na kartach powieści znajdziemy przeróżne metody walk na lądzie i na wodzie. Nie brakuje też rysu kulturowego, który dodaje kolorytu historii przedstawionej w książce. Znajdziemy tu też szczyptę fantastyki, która mogłaby zostać pominięta i powieść wcale by na tym nie straciła. Całości dopełnia odrobina miłości, która momentami aż prosi się o to, by wątki się rozwinęły. Nie one są jednak najważniejsze, stąd zepchnięcie ich na drugi tor.

Mimo że przenosimy się do starożytnego Egiptu, język jest całkowicie współczesny. Widać w nim trochę stylu dawnych czasów – tytulatura jest wyjątkowo rozwinięta, a komplementy okraszone wieloma przymiotnikami. Co ciekawe, zupełnie inaczej prezentuje się świat przedstawiony. Autor postarał się, by czytelnik odniósł wrażenie prymitywności niektórych przedmiotów i działań. Sceny bywają brutalne, pokazują barbarzyństwo i dzikość ludów starożytnych.

Książka reklamowana jest jako Gra o tron w scenerii starożytnego Egiptu. Owszem, jest tu wiele wątków związanych z władzą i polityką, są bitwy, podstępy i okrucieństwo. Jednak nie liczcie na to, że dostaniecie równie skomplikowaną fabułę, co w dziele Martina. Jest to spowodowane głównie tym, że mamy tu tylko jednego bohatera. Opowiada on o wydarzeniach, które mają znaczenie dla Egiptu, przez co fabuła jest okrojona do tych właśnie wątków. Nie jest to absolutnie minusem tej pozycji – przez pozycję społeczną Taita zyskujemy i tak wiele tematów pobocznych, które możemy śledzić na kolejnych kartach powieści.

Przez Ognistego boga nie da się przebrnąć w jedno popołudnie. To lektura zajmująca, wciągająca i wielowarstwowa. Egipski klimat pochłonie was całkowicie. Warto poznać tekst, który osadzony jest w starożytności i pokazuje, że już wtedy ludzie pragnęli władzy i byli gotowi zrobić dla niej wszystko. Opowie wam o tym nieskromny w ocenie swojej osoby Taita, który jest lojalnym poddanym i wszechstronnie utalentowanym człowiekiem. Wyruszcie z nim w roli przewodnika w podróż po gorącym Egipcie, a dostaniecie dobrze napisaną opowieść, która kończy się zdecydowanie zbyt szybko. 

Książka zrecenzowana dla portalu Wywrota.pl.
 

"Zosia i książę Elfów" Aneta Noworyta



Wydawnictwo: Impuls
Liczba stron: 26

http://www.impulsoficyna.com.pl/wyszukaj/zosia-i-ksiaze-elfow,801.html
Aneta Noworyta skończyła studia filologiczne na UJ. Swoją debiutancką książkę opublikowała w 2008 roku. Powieść Zosia i książę Elfów wydał Impuls. 

Elfy z Królestwa Kwiatowych Elfów przygotowują się do najważniejszego święta. Pośród krzątaniny tylko książę Elfów nie może znaleźć sobie miejsca. Nie dla niego gotowanie i przystrajanie. Jego żywiołem jest przygoda. Dlatego nieśmiało podkrada się do domu ludzi i ich obserwuje. Za szybą widzi dziewczynkę. Gdy ta go zauważa, zaczynają rozmawiać. Okazuje się, że Zosia jest chora. Dla księcia to coś nowego – nie wie, co to szpital. Para szybko się zaprzyjaźnia. Książę postanawia zaprosić Zosię na święto Elfów. Dziewczynka nie może jednak z nim iść – jest zbyt słaba przez chorobę. Elf ma jednak na to radę. Daje Zosi skrzydła i razem udają się na tańce. 

Opowieść jest snuta przez trzecioosobowego narratora, który jest bacznym obserwatorem wydarzeń. Śledzi on głównie księcia Elfów. Opisuje wszystko na chłodno, bez emocji. Potrafi jednak wspomnieć o tym, co czują bohaterowie.

Książka opowiada o sile przyjaźni. Mimo że główni bohaterowie pochodzą z dwóch różnych światów, zaprzyjaźniają się. Rozmawiają, bawią się, odkrywają wspólnie nowe rzeczy. Ich przyjaźń jest naprawdę piękna. Książę nie rozumie, czemu jego przyjaciółka jest taka słaba. Nie wszystko, co spotyka w świecie ludzi, jest dla niego oczywiste. Jednak choroba Zosi nie przeszkadza mu w odwiedzaniu jej.

Choroba to drugi ważny wątek w powieści. Jest tłem dla wydarzeń z baśni. Nie wiemy, co się dzieje z Zosią. Jest jednak słaba i nie ma apetytu. Wspomina o szpitalu, w którym nie zawsze da się wyleczyć dzieci. Dorośli bardzo przejmują się stanem dziewczynki. Przez to opowieść nabiera nieco smutnego wydźwięku.

Baśniowy świat przedstawiony pełen jest elfów i magicznych mocy. Zwierzęta potrafią mówić, a elfy są całkiem normalnymi istotami, na widok których Zosia nie jest zaskoczona. Elfy zostały pokazane jako małe, przyjazne i otwarte stworzenia, dzięki którym Zosia mogła zapomnieć chociaż na chwilę o swoich zmartwieniach. Atmosfera książki jest przesycona niezwykłymi zdarzeniami. Nie dziwią one jednak Zosi, dziewczynka odbiera je jako coś niemal naturalnego. Dzięki tym wydarzeniom opowieść nabiera charakteru starych, klasycznych bajek, w których wszystko jest możliwe.


Tekst napisany jest prostym językiem, który trafi do najmłodszych czytelników. Nie znajdziemy tu trudnych słów i zbyt długich zdań. Do tego nie jest go zbyt dużo. Kartki podzielono na część z opowieścią i część rysunkową. Autorką ilustracji jest Aneta Noworyta, pisarka. Obrazki są ładne, kolorowe i świetnie pasują do historii. Uzupełniają tekst i tworzą wspólnie piękną lekturę i do czytania, i do oglądania.

Muszę przyznać, że opowieść ta mnie zaskoczyła. Spodziewałam się szalonych przygód i happy endu, a dostałam smutną bajkę o tym, że nie wszystko może się potoczyć tak, jakbyśmy tego chcieli. Od pierwszych stron czułam się przygnębiona chorobą Zosi. Jej przygody w krainie elfów były interesujące, dobrze się je czytało, ale mimo wszystko intuicja mówiła mi, że baśń nie będzie miała szczęśliwego zakończenia.

Polecam tym, którzy chcą przeczytać opowieść o przyjaźni między bohaterami z dwóch różnych światów. Chociaż dla mnie była to smutna opowieść, jej klimat bardzo mi się podobał. Baśń przypadnie do gustu zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Impuls:



Roboty atakują, ludzie się buntują – "Imperium robotów"



Gdy maszyny chcą zapanować nad ludźmi, nie może z tego wyjść nic dobrego.

Na Ziemię przybywają roboty z odległej galaktyki. Po krótkiej wojnie opanowują świat i wszczepiają ludziom implanty, dzięki którym mogą ich kontrolować. Ziemianie nie mogą opuszczać swoich domów, są więźniami w czterech ścianach. Gdy któryś z nich nie posłucha rozkazu, zostaje zlikwidowany. Kate mieszka z synem i trojgiem nastolatków, którzy nie mają swoich rodzin. Sean, syn Kate, nie wierzy, że jego ojciec nie żyje. Takie informacje przekazał im Robin Smythe, który służy robotom. Smythe zakochał się w kobiecie, dlatego zależy mu na tym, by uwierzyła, że jej mąż nie żyje.

Przypadek sprawia, że dzieciaki odkrywają jak zneutralizować implanty. Sygnał znika na kilkanaście godzin, a młodzi są wolni – mogą wyjść poza dom i nie zostają zlokalizowani. Sean postanawia odnaleźć ojca. Sprawa nie jest jednak łatwa – na każdym kroku spotkać można robota, a Smythe depcze mu po piętach.

Źródło
Imperium robotów w reżyserii Jona Wrighta to film z 2014 roku, którego premiera w Polsce miała miejsce 31 lipca 2015 roku. Historia oparta jest na książce o tym samym tytule, autorstwa Marka Staya. Główni bohaterowie to nastolatkowie, którzy nie chcą się pogodzić z zastanym systemem. Jak w przypadku tego typu filmów bywa – na własną rękę podejmują walkę.

Główny motyw to szukanie ojca przez Seana. Na tym opiera się cała fabuła. Jednak nim to się stanie, paczkę przyjaciół czeka wiele zadań. Po pierwsze muszą dowiedzieć się, gdzie przebywa ojciec Seana. Potem dotrzeć na to miejsce, nie dać się zabić, zgubić pościg Smythe’a i jeszcze odbić matkę z jego rąk. 

Jednak coś dziwnego dzieje się z Seanem. Nagle zaczyna przejmować kontrolę nad robotami. Nie do końca rozumie, jak to się dzieje. Także jego przyjaciele nie potrafią tego odgadnąć. Ta nowa cecha nieraz ratuje ich z opresji. 

Źródło
Chociaż cały film był raczej średni jeśli chodzi o aktorstwo, najbardziej zapadł mi w pamięć Sean (Callan McAuliffe). Aktor postarał się, by jego bohater był typowym nastolatkiem, który zrobi wszystko, by odnaleźć ojca. Nieco w tyle pozostawali jego przyjaciele. Na ich tle wybijał się najmłodszy z paczki – Connor (Milo Parker). Dzieciak ma w sobie tyle uroku, że wszystkie sceny z jego udziałem były świetne. Dorośli poradzili sobie najlepiej – Gillian Anderson jako Kate i Ben Kingsley jako Robin pokazali, że potrafią grać. A może tylko wypadli dobrze na tle raczej słabych młodszych kolegów?

Roboty, które ogrywały w filmie bardzo ważną rolę, były przedstawione dość dobrze. Niezbyt wymyślne, bez cech ludzkich, nie przytłoczyły aktorów. Najmocniejszym punktem były sceny, w których brał udział Mediator 452 – mały dzieciak, który był pośrednikiem między ludźmi a robotami. Przerażający w swoim wyglądzie, ucharakteryzowany na robota, sprawiał, że miałam ciarki na plecach, gdy go widziałam.

Film to nie tylko akcja. Poza walkami dostajemy coś jeszcze. Na pewno są to zabawne dialogi, które wywoływały śmiech na sali. Pokazana jest też przyjaźń, uciśnione społeczeństwo a także miłość, która zajmuje w filmie jedynie kilka sekund.
Film trwa jedynie półtorej godziny. Zdecydowanie można dodać do niego jeszcze dwadzieścia minut, w których wyjaśni się dokładniej rolę robotów na ziemi i sposób, w jaki Sean je kontroluje. Trochę mi tego zabrakło w całości.

Ogólnie film jest niezły. Spodziewałam się raczej czegoś dla dzieci, a dostałam młodzieżówkę o typowym schemacie, jednak z całkiem nowym antybohaterem – robotem. Zwroty akcji, ucieczki, pościgi, technologie – tego nie zabrakło w ekranizacji. Wszystko zmontowano w spójny film, w którym opowieść nie gna na łeb, na szyję. Niektóre filmy są dość męczące, trudno się je ogląda przez zbyt wiele rzeczy upchniętych w zbyt krótki czas. Tu tego nie było – wszystko zostało idealnie wyważone. Zabrakło mi jednak szczegółów. Być może książka, którą wydało wydawnictwo Amber, da mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Reasumując – film dobry, ale nie wybitny. Nieprzegadany, klimatyczny, choć schemat ten sam co w innych filmach młodzieżowych. Da się obejrzeć.
Źródło