Nie tylko Ameryka ma swojego bohatera – Czarna Pantera



Król Wakandy umiera. Na tronie zasiada jego syn, T’Challa. Już teraz jest on Czarną Panterą, posiada wyjątkową siłę i broni kraju, który ukryty jest przed światem. Wakanda posiada złoża metalu, który mógłby rozwiązać wiele światowych konfliktów, jednak gdy wpadnie w ręce niepowołanych osób, może przynieść też wiele szkód. Na dodatek Wakanda jest bardzo dobrze rozwinięta, dlatego musi się ukrywać, by nikt nie zaatakował jej i nie chciał odebrać nie tylko metalu, lecz także wiedzy i umiejętności tego wybitnego społeczeństwa.
Czarna Pantera to film Marvela z 2018 roku. Obraz opowiada o superbohaterze, który ukrywa się pod maską tytułowego dzikiego kota. W filmie zobaczymy Chadwicka Bosemana w roli głównej, a także Michaela B. Jordana, Lupitę Nyong’o, Danai Gurirę, Martina Freemana, Daniela Haluuya i Letitię Wright.
Film można podzielić na dwie części. Pierwsza połowa filmu polega na obsadzeniu nowego króla i jego pierwszym zadaniu. T’Challa chce pojmać Ulyssesa Klaue’a, który od lat ściga Wakańczyków i chce im wykraść metal. Już ojciec obecnego króla zmagał się z tym człowiekiem, teraz przyszedł czas na wyrównanie rachunków. Druga część filmu skupia się na nowej postaci, czyli na Killmongerze, który jest krewnym Czarnej Pantery i chce ubiegać się o prawo do zasiadania na tronie. Jego intencje są jednak zupełnie inne niż obecnego władcy – samo panowanie mu nie wystarcza, chce pokazać siłę Wakandy i jej zasoby rozdać innym państwom, by mogły one obalać tyranię rządów. I niby brzmi to szlachetnie, w efekcie jednak nietrudno się domyślić, jak wyglądałaby ta walka – jak regularna wojna domowa w każdym z krajów.
 
foto © 2017 - Disney/Marvel Studios, źródło
Czarna Pantera to film, w którym jest kilka mocnych elementów. Po pierwsze fabuła – może nie jest jakaś widowiskowa, wręcz momentami jest niesamowicie przewidywalna, ale ma jakiś sens i da się połapać, o co chodzi w filmie. Patrząc na inne obrazy o superbohaterach, które oglądałam ostatnio, to zdecydowany postęp i plus. Drugą rzeczą jest muzyka, która doskonale pasuje do klimatu filmu. Dobrano ją do scenografii i miejsca, w którym rozgrywa się akcja, słychać wpływy afrykańskich motywów, co świetnie współgra z kadrami. Po trzecie naprawdę piękne są stroje w tym filmie. Ogląda się je z dużą przyjemnością i nie ma się poczucia, że tradycyjne wpływy „gryzą” się z nowoczesnością. Kolejnym plusem jest humor – nie jest nachalny, nie przytłacza scen, jest dobrze wkomponowany w dialogi. 
 
foto © 2017 - Disney/Marvel Studios, źródło
Podobała mi się też obsada. Świetnie oglądało się zarówno Chadwicka Bosemana, jak i Michaela B. Jordana. Doskonale wypadają też kobiety – cudowna w swojej roli Dani Gurira i niezła Letitia Wright, choć akurat po tej ostatniej spodziewałam się znacznie więcej, gdy czytałam zachwyty blogerów na jej temat. Tymczasem jej rola jest tu dość niewielka, choć zawsze gdy pojawia się na ekranie, przyciąga uwagę.
Czarna Pantera to niezły film, który dobrze się oglądało. Podobało mi się, że dużo się w nim dzieje, a jednocześnie nie jest to tylko obraz naszpikowany setkami scen walki i ciągłą akcją. Świetnie wypadło też połączenie tradycji z nowoczesnością, które nadaje obrazowi wyjątkowy klimat. Mimo że scenariusz był przewidywalny, bawiłam się bardzo dobrze i na pewno jeszcze wrócę do tego filmu.

5 komentarzy:

  1. Zgadzam się z opiniami, sam jestem po seansie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jakoś unikam Marvela. Jest to podświadome, choć pewnie przemawia przeze mnie niechęć do superbohaterów. Raczej nie zamierzam obejrzeć Czarnej Pantery.

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię filmy Marvela, a tego jeszcze NIE oglądałam, choć na pewno się skuszę.

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, co sądzisz o wpisie!