"Opowieści o duchach" - Aleksander Dumas


Francuski pisarz, Aleksander Dumas, znany jest głównie z takich powieści jak „Hrabia Monte Christo” czy „Trzech muszkieterów”. Mi jednak wpadła w ręce inne jego dzieło, a mianowicie „Opowieści o duchach. Jeden dzień w Fontenay aux Roses”.

Pierwsze, co rzuca się o oczy to grubość książki. To przykuło moją uwagę na samym początku, już przy zakupie. Dopiero zaczynając ją czytać, zdałam sobie sprawę, że ma ona 187 stron tekstu. Spodziewałam się mniejszej ilości przy takiej wielkości książki. Zaletą są też spore litery o ładnej czcionce i ozdobne tytuły rozdziałów. 

Książka zaczyna się od „Wstępu”, w którym umieszczono list Dumasa. Przejrzałam zaledwie ten tekst, nie mogąc doczekać się opowieści. Pierwszy rozdział zawiódł jednak moje oczekiwania. Dałam Dumasowi drugą szansę i po początkowej przykrości, przebrnęłam przez resztę tekstu z przyjemnością.

Pierwszy rozdział zawiera dużo opisów, które męczą. Najprzyjemniej czyta się, gdy główny bohater, sam Dumas, znajduje się nagle w środku dziwnego zdarzenia – ubrudzony krwią mężczyzna obwieszcza, że zamordował swoją żonę. A co najdziwniejsze, twierdzi, że jej głowa do niego przemówiła. Daje to początek nie tylko śledztwu, ale też spekulacją, czy takie rzeczy są możliwe. Dumas zostaje zaproszony na obiad do pana Ledru, gdzie wysłuchuje przeróżnych historii – głównie o zachowaniu po śmierci. Oprócz mówiących głów są tu też duchy, widma, a także złe moce i nie pasująca do tego wszystkiego historia z wampirem. Goście jeden po drugim opowiadają o czymś dziwnym, co przeżyli, debatując czy była to tylko senna mara czy prawdziwe zdarzenie, w które należy uwierzyć. Ostatnią z opowieści snuje Polka, Jadwiga, którą wampir obdarzył pocałunkiem, wysysając z niej nie tylko krew, ale też energię. W porównaniu z poprzednimi historiami, gdzie każda zajmowała się trupem, ta, mimo że wampir został wcześniej zabity i dlatego był krwiopijcą, w ogóle nie pasuje do pozostałych. Poprzednie zdają się wychodzić jedna z drugiej, nie przeskakują za bardzo w tematach, lecz przechodzą po sobie gładko niczym jedna opowieść.

Książka ta, to jednak tylko przykrywka dla innych tematów: życia po śmierci, wiary, nauki, własnych doświadczeń i historii Francji. Tej ostatniej przewija się przez karty powieści całkiem sporo. Nie jest ona jednak otwarta, mówi się o niej mimochodem, co bardzo przyjemnie się czyta. Poza tym drugą rzeczą, która wydaje się być przesłaniem książki jest życie po śmierci – czy dusza istnieje, czy ciało to jedyne co posiadamy i czy i jak należy w to wierzyć. Bardzo ciekawe refleksje daje nam Dumas – jeśli ktoś czyta między wierszami oczywiście.

Książka napisana przyzwoicie. Dużo opisów, ale często są one po prostu narracją opowiadającego swoją historię bohatera. Są jednak i minusy książki. Niektóre z dialogów zamiast kończyć się myślnikiem od razu przechodzą w narrację, stąd miałam momentami chwile zastanowienia o co dokładnie chodzi. Takich przypadków znalazłam zaledwie parę, ale i tak bez nich książka nie byłaby idealna. Dialogi bowiem często stanowią większość opowieści, a zdania w nich zawarte są krótkie i nie oznaczone kto je wypowiada. Stąd tekst wygląda często tak:

- No, więc urządzimy się tak, by dziś wieczór nie powrócił.
- Zrób to!
- A więc, przede wszystkim mówisz, że wchodzi zawsze o szóstej?
- Punktualnie.
- Zatrzymajmy zegar!
- I doktor zatrzymał wahadło.
- Co chcesz uczynić?
- Chcę ci uniemożliwić rozpoznanie godziny.
- Dobrze,
- Teraz spuścimy żaluzje i zasłonimy okna kotarami.
- Po co?
- Zawsze w tym samym celu, byś sobie nie mógł zdać sprawy, jaka jest pora dnia i jak czas upływa.
- Zrób to!*

Przy dłuższych dialogach trudno jest się zorientować, kto co mówi. Ogólnie jednak książka nie posiada wiele błędów i utrudnień, chociaż w wymienionym wyżej fragmencie jest ich sporo. 

Język jest przyzwoity. Nie ma tu ani trudnych słów, ani przekleństw, ani udziwnień językowych. To piękna, prosta polszczyzna, dobrze przełożona z francuskiego. Czytanie nie sprawia kłopotu. Jedynym problemem mogą być obce nazwy miast, ulic i nazwiska. 

Książka mi się podobała. Nie była ani straszna, ani zaskakująca. Czytało się szybko, ale bez wypieków na twarzy. Miło spędziłam z nią czas, może dlatego, że wiele się po niej nie spodziewałam. Zaskoczeniem było to, że historie o duchach to jedynie pretekst do pomyślenia o czymś innym. 

Komu polecam książkę? Na pewno tym osobom, które nie boją się tego typu historii (nie każdy bowiem lubi czytać o duchach, trupach i morderstwach). Poza tym na pewno każdy kto ma chwilę czasu nie zmarnuje go, czytając „Opowieści o duchach”. Nie spodziewajcie się jednak horrorów i nocnych koszmarów, bo nie o tym jest ta książka. Polecam, szczególnie na jesienne popołudnie.


*Dumas A., Opowieści o duchach,  Jirafa Roja, Warszawa, 2007, s. 94


UWAGA!

Robiąc porządki w domowej biblioteczce znalazłam dwie pozycje, które chętnie oddam. Dlatego ogłaszam konkurs. Szczegóły podam wkrótce, a dokładnie 1 września nad notkami pojawi się zakładka konkursowa, gdzie będzie można wykonać zadanie i dowiedzieć się o nagrodzie. Zachęcam do brania udziału! 


Baza recenzji Syndykatu ZwB

"Moonraker" - Ian Fleming


Ian Lancaster Fleming to człowiek, który stworzył postać Jamesa Bonda. Ten brytyjski agent jest jego najsłynniejszą postacią książkową, chociaż wielu zna go głównie dzięki filmom. Ponieważ sama jestem wielką fanką adaptacji przygód 007, sięgnęłam po serię książek. Po recenzji „Żyj i pozwól umrzeć”, przyszedł czas na drugi w kolejce – „Moonraker”.

Napisana w 1955 roku książka, to opowieść o kolejnym zadaniu, które dostaje Bond od swojego szefa, M. Początkowo wydaje się, że sprawa jest prywatna – chodzi o bogacza, który oszukuje w karty. Bond ma rozgryźć jak to robi i… dlaczego. Okazuje się jednak, że to nie koniec jego pracy. W przedsiębiorstwie Hugo Draxa dochodzi do morderstwa i samobójstwa. James zostaje członkiem ochrony firmy, a M zleca mu wytłumaczenie zbrodni. Pobyt w zakładzie Draxa powoduje, że tajny agent zmienia o nim zdanie – początkowo uważał go za bezczelnego bogacza, którego zresztą potraktował jak „ścierwo”. Potem jednak zaczyna się do niego przekonywać, a ja wraz z nim. Drax to tytan pracy, mąż stanu, który dba o dobro Anglii, budując wspaniałą rakietę obronną – tytułowy Moonraker. A na dodatek zapomina o wieczorze, w którym grał z Bondem w karty i stara się zatrzeć złe pierwsze wrażenie jakie w nim wywołał.

Śledztwo wykazuje jednak, że Drax ma dwa oblicza, które James i jego znajoma, sekretarka milionera poznają w dość przykrych okolicznościach. Oczywiście jak to bywa z komandorem Bondem, bardzo ich to do siebie zbliży. 

W książce nie mogło zabraknąć złego typa i pięknej kobiety. Do tego jesteśmy przyzwyczajeni z filmów. Drax to świetnie wykreowana postać, z ciekawą przeszłością. Historia jego życia jest mocnym punktem powieści. Kuleje za to kobiecy punkt książki – piękna, odważna, sekretarko-agentka Gala. Czytając, miałam wrażenie, że zbyt często zmienia zdanie i często nie wie co robi, jakby podczas pisania o niej, autor nie mógł się zdecydować co dalej z nią zrobić.

Głównym wątkiem jest oczywiście walka dobra ze złem. Poza tym ważny jest wątek historyczny, który miał wpływ na życie Draxa. No i oczywiście romantyczny temat – Bond i ślicznotka. To ciekawe, że książkowy James jest tak bardzo kochliwy – nie namiętny i pożądliwy, ale kochliwy!

Tak jak w poprzednim tomie z serii minusem są zdania, które albo są niesamowicie długie, albo brakuje w nich czegoś, przez co ma się wrażenie, że czytamy urwane myśli. Jest tu jeszcze więcej błędów redaktorskich, niż w poprzedniej części. Nie miałam w ręku oryginalnej wersji, ale wydaje mi się, że polski przekład nie postarał się tak jak należy. W środku opisów występują dialogi, co bardzo rozprasza. 

Pierwsze co mnie jednak uderzyło w tej części przygód sławnego agenta to przekleństwo i to już w jednym z pierwszych rozdziałów. A co ciekawe, nie w dialogu, tylko w narracji. 

Ponownie ciekawym dodatkiem jest słowniczek dodany od tłumacza na końcu powieści. Wyjaśnia on niektóre z obcojęzycznych zwrotów, a także podpowiada co jest czym. Bardzo atrakcyjne i pomocne rozwiązanie dla wszystkich ciekawskich.

Jak bym określiła tę pozycję? Jako sensację. To zdecydowanie ten typ książki. Poza tym to doskonała powieść szpiegowska – klasyk gatunku. 

Po przeczytaniu pierwszej książki byłam rozczarowana. Tym razem, mimo że styl, budowa treści i klimat były podobne książkę czytałam z przyjemnością, omijając jedynie większe fragmenty związane z opisem Moonrakera (głównie te fragmenty, gdzie było wspomniane działanie rakiety i prawa fizyki, które wykorzystano w jej budowie – dla typowej humanistki to żadna frajda). Być może wiedziałam już czego mam się spodziewać po Flemingu, dlatego moje odczucia co do książki były inne.

Komu poleciłabym tę książkę? Tak samo jak poprzednią – fanom ekranowego Bonda. A także tym, którzy lubią intrygi, sprawy wagi państwowej i śledztwa. To ciekawa pozycja dla każdego kto ma chwilę wolnego czasu. Warto, mimo że nie ścina z nóg.

Cmentarzysko Zapomnianych Książek


Niesamowite miejsce, które podbiło moje serce. Wyniosłyśmy z niego 80 książek, które cieszyły oko i serce. Jest w czym wybierać. Jednak kto szuka nowości, na pewno się przeliczy. Miłośnicy staroci będą za to zachwyceni.
Moja zdobycz:

"Żyj i pozwól umrzeć" - Ian Fleming


Ian Lancaster Fleming zasłynął dzięki postaci Jamesa Bonda. Ten urodzony w 1908 roku pisarz angielski już w latach 50. przeszedł na emeryturę, dzięki popularności książek o tajnym agencie Jej Królewskiej Mości. Zmarł młodo, bo mając zaledwie 56 lat, pozostawiając czytelnikom 12 powieści z 007, kilka zbirów opowiadań z jego udziałem, a także książkę dla dzieci (Chitty Chitty Bang Bang) i książki dokumentalne.

Jako wielka fanka ekranizacji jego powieści, postanowiłam w końcu sięgnąć po jedną z nich.
Zaczęłam od Żyj i pozwól umrzeć, wydanej w 1954 roku, czyli drugiej z serii powieści o tajnym agencie. Jak się okazało, książka bardzo mało ma wspólnego z filmem.

Powieść należy do gatunku sensacji. Sam autor podkreślał, że jest to powieść szpiegowska.
Główny wątek to walka dobra ze złem, a dokładnie Jamesa Bonda z czarnoskórym gangsterem mister Bigiem. Zadaniem jest jednak nie zlikwidowanie Byka, lecz zbadanie, w jaki sposób przemyca on złote monety zagarnięte przez pirata Morgana.

Zwroty akcji są raczej znikome. Fabuła jest mocno przewidywalna- przecież i tak wygra Bond. Za to wątki poboczne są bardzo ciekawe. Oczywiście pierwszy z nich to wątek miłosny. Bond poznaje współpracownicę Byka, piękną Solitare- dziewczynę o zdolnościach parapsychologicznych. Jest ona bardzo przydatna- pomaga Jamesowi przeżyć spotkanie z Bigiem, a potem zakochuje się w agencie, wcześniej odpowiadając na wszystkie jego pytania związane z „pracą” czarnoskórego gangstera.

Drugim interesującym wątkiem jest przyjaźń Jamesa z Feliksem Leiterem. Rozmowy, które przeprowadzają są swobodne, miło się je czyta- to kwintesencja męskiego porozumienia. Kłopoty w jakie wpakował się przyjaciel agenta 007 są, moim zdaniem, najlepiej opisanym fragmentem książki.

I ostatni i interesujących wątków, to temat Voodoo. Religia, bądź kult jak kto woli, którą zajmował się Byk. Na samym początku książki przytoczony został obszerny cytat dotyczący właśnie tego fenomenu. Bardzo realistyczne opisy bębnów obrzędowych sprawiają, że czytelnik czuje w żyłach pulsowanie zgodne z ich brzmieniem. Wątek ten został mocno wyróżniony w filmie o tym samym tytule co książka.

Książka łatwa, acz nieporywająca, przynajmniej na początku. Dużo opisów, zdania rozbudowane i długie. Bardzo szczegółowo zostały przedstawione drobiazgi- charakterystyka ryb, wygląd ludzi, miejsc. Buduje to klimat, pozwala wyobrazić sobie Harlem czy Jamajkę. Plusem książki, którą posiadam (wyd. PW Rzeczpospolita z 2008 r.) jest podrozdział „Od tłumacza” – wyróżniono w nim nazwiska, miejsca, nazwy i rzeczy, które czytelnik może zechcieć poznać po lekturze książki. Krótkie i zwięzłe opisy pozwalają wyjaśnić niejasności.

Wielkim minusem jest przekład. Redakcja tekstu i korekta pozostawia wiele do życzenia. W środku opisów nagle pojawiają się dialogi, wyróżnione w ciągu zdań jedynie myślnikiem. Być może jest to zabieg samego Iana Fleminga, niestety rozbija to szyk i dekoncentruje.

Nie jest to powieść, która skupia się tylko na pracy agenta 007. Jest w niej wiele fascynujących opisów, które mogą zainteresować czytelnika. Dbałość o pomoc w wyobrażaniu sobie „co autor miał na myśli i co chciał nam przekazać” jest jednak nieco denerwująca- w kluczowych momentach, gdzie akacja powinna toczyć się wartko, wtrącone są właśnie te charakterystyki, które spowalniają ją.

Dla mnie, wielkiej fanki ekranowego Bonda, powieść była nudna. W porównaniu z filmem nie działo się w niej kompletnie nic. Poza tym miałam wrażenie, że James jest w niej mniej twardy niż powinien- okazywał strach, nawet płakał. Co prawda okazał się być również gentelmanem, który nie wykorzystał pięknej kobiety przy pierwszej lepszej okazji, mało tego- starał się za wszelką cenę doprowadzić do tego, by nic jej się nie stało. Minusem według mnie jest za wolna akcja i za dużo obszernych opisów. Jednak gdy już się przebrnie przez pierwsze rozdziały człowiek nie może się oderwać. Końcówka dobrze wyważona. Postać Bonda mnie jednak zawiodła.

Komu mogłabym polecić Żyj i pozwól umrzeć? Chyba każdemu kto ma chwilę wolnego czasu i samozaparcia. To klasyka gatunku powieści szpiegowskiej. Wytrwali będą zadowoleni, ale nie oczarowani. Warto przeczytać, by przekonać się chociażby jak bardzo film manipuluje literaturą.

Przerywnik

Pragnę się pochwalić, że dzisiejszy dzień okazał się być bardzo szczęśliwym, gdyż zostałam nagrodzona w konkursie na nakanapie.pl, gdzie wygrałam książkę do recenzji pt. "Wariat na pogorzelisku". A dodatkowo w końcu dostałam na stażu zadanie, które może mi przynieść wiele radości. Ale tym pochwalę się dopiero, jak będzie już na 100% pewne.

Dziś recenzji nie ma, jest za to parę zdjęć.
Zakładki, które zdobyłam na Powiatowym Dniu Książki w Piasecznie:


Zakładki, które zrobiłam własnoręcznie:




Zakładek zawsze mi mało niestety. Każdą ilość przyjmę z przyjemnością.
Chciałam wstawić sosik, bo bardzo mi się podobają zdjęcia na innych blogach, ale nie jestem pewna czy ze mną się to sprawdzi. Nie jestem chyba tak wytrwała - czytam to, na co mam w danej chwili ochotę, a taki stosik to narzucenie mi czegoś z góry. Nie wiem czy umiałabym tego pilnować i dotrzymać.

"Noc w bibliotece" - Agatha Christie


Agatha Christie to zdecydowanie moja ulubiona autorka. Jedną z pierwszych książek jej pióra, która wpadła mi w ręce była „Noc w bibliotece” wydana w 1942 roku. Od tego momentu zakochałam się w jej powieściach.

„Noc w bibliotece” opowiada historię morderstwa, które dokonane zostało w dziwnych okolicznościach – ciało młodej kobiety znaleziono bowiem w bibliotece pułkownika Bantry’ego. Oni i jego żona byli całkowicie zaskoczeni tym znaleziskiem. Czy jednak to któreś z nich jest mordercą? W rozwiązaniu tej zagadki może pomóc tylko jedna osoba – panna Marple.

Panna Marple to przyjaciółka Dolly Bantry. Swoje nudne życie starej panny urozmaica sobie zajmując się sprawami detektywistycznymi. Jest znana w miasteczku z tego zajęcia, lecz policja traktuje ją z przymrużeniem oka. Jednak Dolly, chcąc przekonać wszystkich, że jej mąż jest niewinny, od razu zgłasza się o pomoc do swojej znajomej. Od tej chwili mamy do czynienia z błyskotliwymi przemyśleniami, wycieczkami, przesłuchaniami i ciągłymi podejrzeniami – jak to u Christie.

Sprawa zostaje rozwiązana, choć wcześniej niejednokrotnie zmieniamy zdanie co do tego, kto zabił. Każda strona obfituje w nowe dowody, postacie, zagadki a także… drugie zwłoki. Czyje? Tego możecie dowiedzieć się tylko czytając „Noc w bibliotece”. Pamiętajcie już teraz, że jeśli niewiadomo o co chodzi, to zazwyczaj chodzi o pieniądze. Tak samo jak w tym przypadku.
Książka jest świetnym przykładem powieści detektywistycznej z kryminałem w tle. Mamy bowiem morderstwo, śledztwo i tajemnicę, którą trzeba rozwiązać. Gdy czytelnik już myśli, że wie kto zabił, nagle pojawia się nowe, niepodważalne alibi i trzeba zacząć wszystko od nowa.

„Noc w bibliotece” to kolejny przykład świetnego warsztatu Christie. Tajemnica morderstwa została doskonale opisana, ludzie są barwni, różnorodni a przemyślenia detektyw-amator, panny Marple, mają ciekawy kierunek. To przyjemna lektura. Zdania są zbudowane w prosty sposób, nie ma za dużo opisów, a dialogi skupiają się na tym co ważne – na morderstwie.

Była to pierwsza książka z panną Marple jako główną bohaterką, którą miałam okazję czytać. Od tego momentu stałam się wielką fanką tej pani detektyw. Chyba nie tylko ja polubiłam starą pannę, gdyż Agatha Christie uczyniła ją główną postacią swoich powieści jeszcze wiele razy (o piedestał w częstości występowania może ona konkurować tylko z Herkulesem Poirot).

Świetnie zbudowany klimat, historia, która wciąga, tak że nie można oderwać się od książki nawet na minutę. Kolejny przykład na to, że Christie to królowa powieści detektywistycznej.

Komu mogę polecić tę książkę? Chyba każdemu kto lubi zagadki. Bo jak już wcześniej wspominałam, u Agathy nie znajdziemy krwawych opisów i obrazów morderstw rodem z horrorów. To raczej opowieści o zagadkach, które za wszelką cenę trzeba rozwiązać by móc spać spokojnie – by sumienie nie męczyło.
Każdy fan Agathy Christie powinien sięgnąć po „Noc w bibliotece”. A jeśli ktoś jeszcze nie miał do tej pory okazji spotkać się z twórczością tej autorki, to właśnie od tej książki warto zacząć swoją przygodę z Christie.

Baza recenzji Syndykatu ZwB


"David Copperfield" - Karol Dickens


    „David Copperfield” to nie pierwsza książka Karola Dickensa, z którą miałam okazję się spotkać. Parę lat temu czytałam, jak zapewne spora część osób, „Opowieść wigilijną” tego autora i powiem szczerze, że dobre wrażenie jakie na mnie wtedy wywarł, tylko zostało teraz potwierdzone.

    „David Copperfield” a właściwie „David Copperfield: Dzieje, przygody, doświadczenia i zapiski Dawida Copperfielda juniora rodem z Blunderstone (których nigdy ogłaszać drukiem nie zamierzał)” to powieść obyczajowa wydana pierwszy raz w 1850 roku. Polskie wydanie miało miejsce w 1888 roku.

    Jest to opowieść pisana w pierwszej osobie. Przedstawia życie tytułowego Davida, którego dzieciństwo nie było usłane różami, lecz wręcz przeciwnie – los rzucał mu wiele kłód pod nogi. Nieprzesłodzony opis egzystencji młodego panicza pokazuje, że od najmłodszych lat musiał on zachowywać się jak dorosły. Po stracie najbliższych musiał sam zadbać o swoją przyszłość, nie raz podejmując trudne decyzje. Groteskowe wydają się jedynie opisy jego młodzieńczych miłości, które często były nieodwzajemnione. Dzieciństwo, młodość, dorastanie i dojrzewanie zostały tu przedstawione w licznych opisach myśli, uczuć i refleksji Davida, który nie raz zaskakuje czytelnika swoją inteligencją i wypowiedziami. Smutek miesza się z miłością, tęsknota i niepokój biją po oczach w opisach podróży jakie odbył ten młody człowiek.

    Czym właściwie jest ta książka? Piękną opowieścią o dorastaniu, problemach i przeciwnościach. Pokazuje życie, które każdy z nas doświadczył – w nędzy, wśród nieprzyjaciół, bez pracy, ale też w gronie kochających osób, szukaniu miłości i wyborach rzutujących na przyszłości. To również szeroki przekrój przez społeczeństwo Anglii, opis jej różnych warstw. Przy okazji możemy tu zaobserwować w praktyce jak bliskie człowiekowi jest powiedzenie „jaki mały jest ten świat” – czytelnik ma wrażenie, że wszyscy ze wszystkimi się znają, mimo że są z różnych klas, mają różne zajęcia i inaczej patrzą na świat.

    Początkowo bałam się sięgnąć po „Davida…”, głównie ze względu na język. Jednak byłam mile zaskoczona – jest on przystępny, łatwy, chociaż posiada wiele opisów, które nie każdemu przypadną do gustu. Mi najbardziej podobały się te, które opisywały to co czuje i myśli główny bohater – przenikały jego duszę tak głęboko, jak dobry psycholog. Jest w książce wiele słów, które nie tyle co wyszyły z powszedniej mowy polskiej, lecz zmieniły nieco swój zapis („maluczki”, „zrazu”, „nader”, „wnijście”, „com” itd.).  Nie przeszkadzają one jednak w ogólnym zrozumieniu treści.

    Najciekawszą częścią książki, według mnie, jest zmiana w człowieku jaka zachodzi od lat dziecinnych, do dorosłości. Każdy rozdział przynosi nowe doświadczenia. Niejednokrotnie uśmiechałam się, gdy czytałam o wpadkach, które zalicza bohater dorastając. Innym razem wspominałam z rozżaleniem jego pożegnania z ukochanymi, kiedy odchodzili z tego świata, lub gdy zmuszony był pracować jako dziecko jeszcze. Dodatkowo wydaje mi się, że to w powieści doskonale pokazano, że dzieci rozumieją więcej, niż dorosłym się wydaje. Od najmłodszych lat wiedział, że jednym ludziom ufać nie warto, innych zaś należy obdarzyć uczuciem. Dorośli nie rozumieli, że mając zaledwie 8-9 lat jest on w stanie ocenić, komu powierzyć swoje sekrety, a z kim się nimi nie dzielić.

    Każdy znajdzie coś dla siebie w tej pozycji. Są tu zarówno emocje, miłość, konflikty, zdrady, machloje… Nie ma tu jednak wartkiej akcji, fajerwerków czy potworów, więc nie spodziewajcie się kompletnego miksu. To powieść spokojna, acz zaskakująca nie raz. Idealna na mroźne wieczory.

    Każdy komu podobała się „Opowieść wigilijna” zachwyci się i tą książką. To Dickens w swej najlepszej formie.

"Zło, które żyje pod słońcem" - Agatha Christie


Agatha Christie to kobieta, która już zawsze będzie kojarzona z kryminałami, mimo że wydawała również inne książki, m.in. obyczajowe. Urodzona w 1890 roku, zmarła mając 86 lat. Tworzyła pod wieloma pseudonimami, lecz najbardziej znana jest z własnego nazwiska.
 
W 1920 roku napisała pierwszą książkę detektywistyczną z udziałem Herkulesa Poirot, który był częstym gościem w jej opowieściach. Właśnie on jest głównym bohaterem innej powieści, a mianowicie „Zło, które żyje pod słońcem”. Dziś recenzja tej książki, opublikowana przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 1996 roku.

Powieść ta napisana została w 1941 roku. Opowiada ona o urlopie słynnego detektywa, który przebywał w hotelu „Wesoły Roger”. Herkules jednak nigdy nie porzucał swojej pracy- gdy nie wiedział jeszcze, że wakacje przerwie okrutna zbrodnia, obserwował ludzi, podsłuchiwał i analizował. Taka była jego natura, nie mógł nic na to poradzić. Gdy już doszło do katastrofy, miał wiele do powiedzenia w tej sprawie. Znany ze swych dokonań, został poproszony o pomoc przez miejscową policję. Oprócz tego prowadził również śledztwo na własną rękę. Każdy z gości hotelowych jest chociaż przez chwilę podejrzany o dokonanie morderstwa na pięknej, byłej aktorce Arlenie Marshall, żonie wpływowego kapitana Kennetha Marshalla.

Książka jest klasycznym przykładem pisarstwa Christie. Wiele wątków, zwroty akcji, domysły. Autorka popisała się niesamowitą zdolnością opisywania ludzkiej psychiki, a także budowania klimatu i napięcia.  Czytelnik snuje domysły, co chwilę zmienia zdanie, gdy pojawiają się nowe poszlaki w śledztwie detektywa. Sam Poirot jest milczący, subtelny, bardzo ostrożnie waży słowa. Nie rzuca oskarżeń, lecz spokojnie myśli nad rozwiązaniem sprawy.

Powieść detektywistyczna, świetny kryminał. Czyta się z przyjemnością, nie mogąc doczekać się rozwiązania. Bardzo dużo opisów zachowań, wiele różnych spojrzeń. Doskonałe opisy przemyśleń Herkulesa Poirot. Manipulacja szczegółami na mistrzowskim poziomie.

Książka podzielona jest na rozdziały, które zwierają podrozdziały. W początkowej części książki każdy podrozdział jest opisem innej osoby, jej zachowania i tego co myśli. Potem podrozdziały są kontynuacją poprzedniego, następują po sobie, bez zmian osób, przechodzenia od jednej rzeczy do drugiej. Zdania są krótkie, łatwe, dobrze zbudowane. Czyta się szybko i przyjemnie. Wiele dialogów, które często podzielone są na akapity. Wydaje się, ze czytany fragment nie jest czyjąś wypowiedzią, a opisem autorki, brakuje też widocznego rozdzielenia między monologiem a jego końcem.

Co jest wyjątkowe w tej powieści? Wszystko. Absolutnie wszystko. Christie to gwarancja sukcesu książki- napięcie, niepewność, psychologiczne opisy działań ludzkich, a na dodatek niebanalne rozwiązanie, odrobina tajemnicy i wielki wysiłek by oderwać się od czytania.

Dla mnie była to pierwsza książka z Herkulesem Poirot, którą przeczytałam. Wcześniej „bałam się” tej postaci, nie bardzo wiedząc czego się spodziewać. Inne powieści Christie posiadają bohaterów-amatorów o detektywistycznych zapędach. Tu mamy detektywa pełną gębą, a jego metody są godne podziwu. Wszystko zostało szczegółowo pokazane, tak by czytelnik nie musiał domyślać się rozwiązania. Książka wciągająca i godna polecenia.

Każdy kto lubi odrobinę tajemnicy, śledztwa i niewyjaśnione sprawy na pewno powinien sięgnąć po ten tytuł. Nie jest to jednak kryminał nowoczesny- brak w nim wyszukanych i krwawych morderstw, w tym wypadku można powiedzieć, że autorka jest bardzo subtelna. Za to każdy, kto chce trochę pogłówkować na pewno z przyjemnością przeczyta „Zło, które żyje pod słońcem”. Zachęcam, naprawdę warto.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

Start

Zaczynam. Ciekawe, co z tego wyjdzie.